Ostatnie Wpisy

LIS

17

linkologia.pl spis.pl
 
ągam w płuca mroźne powietrze
Wciągam w płuca mroźne powietrze. W pokoju półmrok. Telewizor wyłączony. Wsłuchuję się w utwór Robert Gawlińskiego. Odpływam. A raczej niebezpiecznie zanurzam się w przeszłe dni. Może jednak nie będę dziś epatował swoim przeszłym życiem?

Nie wiem czemu każdego dnia dziwię się jak małe dziecko kiedy dostrzegam coś nowego? Być może zbyt często przebywam w towarzystwie Bratanicy? Wpadam kiedy tylko mogę na Dąbrowskiego. Znajduję pretekst by zobaczyć co znów zbroi Amelka. Dziś na przykład robiła porządki w szafie rodziców. Wczoraj sprzątała podłogę, pewnie naśladując mamę. A kilka minut wcześniej poproszona przez tatę o podanie wujowi slawomirowi talerzyka z ciastem, dzielnie spełniła prośbę ojca. Z przejęciem niosła talerzyk i nie upuściła.

Dziwne kiedy widzi się małego człowieczka który na naszych oczach rośnie, staje się samodzielnym.

W takim razie zapominam o twardym dysku i całym tym elektronicznym szaleństwie kiedy przypominam sobie uśmiechniętą twarz dziecka.

Komentarzy: 0
czwartek, 08 listopad 2007, 23:35 Padl mi twardy dysk
Ech za oknem już noc. Lubię noc, ale nie lubię zimnych dni. Zawsze obiecuję sobie, że o tej porze roku będę wyruszał do ciepłych krajów, a nie tu dotykał zimna. Słota, błoto, chłód co dzień z rana witają się ze mną. Życie bez Internetu jest dla mnie przez ostatnie dwa tygodnie bardzo uciążliwe. A bardziej życie bez mojego laptopa, a bardziej mojego macbooka. Czy wiecie co się stało. Padł mi twardy dysk. Wszystko co w nim miałem trafił szlag. Przynajmniej na to wygląda. Wiem, wiem co teraz usłyszę, trzeba było zrobić kopię. I pewnie wszyscy co te słowa wypowiadają mają porobione kopie. Jasne już uwierzę.

Szlag mnie trafia jak sobie pomyślę, ileż danych być może bezpowrotnie utraciłem. Najgorsze, że pracowałem przez trzy ostatnie tygodnie nad ostatnią wersją książki i kiedy miałem wypalić płytkę padł mi twardy dysk.

Poza tym jestem jak bez ręki. Ponieważ przyzwyczaiłem się do narzędzia w postaci przenośnego kompa.

Jestem zmęczony. Jestem wściekły na te elektroniczne urządzenia co to niby mają nam ułatwiać życie a tak naprawdę tylko nam je komplikują. Chce mi się ze złości na samego siebie wyć. I tyle.

A trzeba było pisać ręcznie, pisać na kartkach papieru, odkładać na półki i mieć święty spokój. Nic dodać nic ująć. Trzeba żyć dalej.

W takim razie zamykam ten temat. Umieszczam notkę ku przestrodze Mieszkańców Blogowego Miasta.

Polak mądry po szkodzie. Leży obok mnie komórka a w niej ponad 1000 numerów telefonów. Jeśli padnie, to mam... nawet nie chcę myśleć. Jutro muszę z nimi coś zrobić. Przerzucić na papier.

Nieźle jesteśmy uzależnieni od elektroniki, oj jesteśmy niewolnikami. W ciągu jednej chwili możemy stać się samotnikami, utracić kontakty czasem nie do odzyskania. Dobrze przestaję już nudzić. Wystarczy mojego marudzenia.

Komentarzy: 2
wtorek, 06 listopad 2007, 22:05 Koncerny trują i oszukują
Koncerny trują i oszukują
W Sydney przyznano antynagrody dla najgorszych produktów świata

Światowa Federacja Konsumentów (Consumers International, CI) skupia 220 organizacji ze 115 krajów. Proponują one kandydatów do Bad Products Awards. Ostatecznego wyboru dokonuje sekretariat CI, uwzględniając nie tylko szkodliwość towaru, ale także rozmiary firmy oraz globalnej sprzedaży i marketingu. Dyrektor CI, Richard Lloyd, podkreśla, że wielomiliardowe, globalne koncerny mają obowiązek postępować uczciwie i odpowiedzialnie. Niestety, rzeczywistość często jest inna.

W tym roku antynagrody zostały rozdzielone po raz pierwszy, a już wywołały popłoch wśród dyrektorów firm. Niegodny tytuł "Marketingu Złego Napoju" przypadł koncernowi Coca-Cola za wodę Dasani. Swego czasu pisaliśmy w "Przeglądzie" o tym, jak w 2004 r. szefowie amerykańskiego giganta postanowili wprowadzić na brytyjski rynek wodę mineralną o wdzięcznej nazwie Dasani i "symbolicznej" cenie 95 pensów (1,35 euro) za pół litra. Organizacje konsumentów podniosły larum, gdyż Dasani, która miała się stać konkurencją dla renomowanych marek,

okazała się zwykłą kranówą.

Coca-Cola musiała wycofać swój godny pożałowania napój ze sklepów Zjednoczonego Królestwa. Dasani została także "uhonorowana" antynoblem przyznawanym na Harvardzie. Wydawało się, że po tej kompromitacji dyrektorzy koncernu zrobią wszystko, aby świat o kranówie zapomniał. Chciwość okazała się jednak silniejsza. Dasani nadal jest sprzedawana w USA, Argentynie, Meksyku, Brazylii i innych krajach Ameryki Łacińskiej. Coca-Cola nie zaprzecza, że w pięknych butelkach jest woda z sieci miejskiej, zachęca klientów do kupowania Dasani jako napoju "wzbogaconego specjalnym zestawem minerałów, zapewniających czysty, świeży smak". Światowa Federacja Konsumentów w ostrych słowach napiętnowała pazerność amerykańskiej firmy: "Dostęp do takich rzeczy jak woda, jest podstawowym prawem konsumenta. Korporacje, jak Coca-Cola, poprzez butelkowanie i sprzedawanie tego uniwersalnego zasobu, stworzyły przemysł o wartości 100 mld dol., podczas gdy miliard osób na świecie nie ma dostępu do dobrej wody pitnej". (onet.pl)

Komentarzy: 7
wtorek, 06 listopad 2007, 01:24 Nie lubię jarzeniówek
Zycie toczy się dalej...

Niesamowite, kiedy już miałem rozpocząć pisanie spojrzałem na moment w okno na świat. Znalazłem kanał muzyczny VH1. Zobaczyłem Frediego Mercurego w utworze „We are The Champions”. I tak sobie myślę, że mimo przeciwności losu, upadków, klęsk czy innych kataklizmów, mimo wszystko jesteśmy zwycięzcami. Nie nam oceniać postępowanie innych. Nie nam dowodzić swoich racji patrząc na ludzkie losy. Przecież niebawem wszyscy staniemy się przeszłością. Spotkamy swoich idoli a nawet wrogów. Może po nas pozostanie coś więcej jak tylko wypłowiałe zdjęcie? Powiem tak po cichu, że liczę na to.

Patrzę na koncert Mercurego i tylko mogę zadrościć tym którzy dotknęli fizycznie jego twórczości w koncertowym wykonaniu.

Przeszłość miesza się nieustannie z teraźniejszością, nawet dzisiejszego popołudnia kiedy w Warszawie poczułem na twarzy zimno.
Ruszałem na poszukiwanie prozy w postaci wełnianych rękawiczek. Wszędzie proponowano mi na ulicznych straganach skóropodobne rękawiczki. A sikorze zachciało się zwykłych wełnianych czarnych ochraniaczy do dłoni. W supermarkecie również królował wyłącznie towar skóropodobny.

Powoli zacząłem się oddalać od ludzkiego zgiełku. Gdzieś daleko, a bardziej na uboczu od jarmarcznego świata, zobaczyłem witrynę przystrojoną włóczkami i skarpetami. Zatrzymałem się. Chwila wahania. Byłem już spóźniony. Chwila zastanowienia. Po chwili ruszyłem do pasmanteryjnego dziewiarstwa oświetlonego jarzeniówką. Nagle zatrzymałem się. Światło nie pozwalało pójść dalej. Już miałem się cofną i nie przekraczać więziennego światła, ręka jednak uchyliła drzwi. Za kontuarem pamiętającym czasy tow. Gierka siedział starszy pan. Wstał i przyjaźnie pozdrowił mnie. Cóż miałem zrobić. Na moment zamknąłem oczy. Przekroczyłem jarzeniowy świat.
- Dobry wieczór. Czy ma pan wełniane rękawiczki?
- Tak.
- Może mi pan pokazać, najlepiej czarne.
- Proszę bardzo.
- Ile kosztują?
- 6 złotych.
- To poproszę.
- Zapakować.
- Nie, skonsumuję na miejscu.
- Rozciąć sznurki?
- Jeśli pan łaskaw, nie będę musiał używać w tym celu zębów.

Po chwili pan stał się posiadaczem 6 złotych, a ja sześć monet wymieniłem na ciepło.
Pożegnałem miłego pana i ruszyłem w świat z którego na chwilę wypadłem wchodząc do pasmanterii.

Nie lubię oświetlenia jarzeniowego. Kojarzy mi się, a więcej przypominam mi świat z którego kiedyś dawno temu wypadłem, do którego nie chcę wracać poza chwilami kiedy sięgam po kompa i spisuję przeszłość, czy kiedy innym razem odpowiadam na pytanie dotyczące mojej obrzydliwie nudnej i samotnej monotonności.

Komentarzy: 3
poniedziałek, 05 listopad 2007, 01:36 Warto czasem się zatrzymać.
Niestety dziś przeczytałem w Dzienniku, że lider zespołu Univers popełnił samobójstwo. Powiesił się w na klatce schodowej swojego mieszkania.
Czas jest trudny, to czas depresyjny. Czas kiedy wszystko może się wydawać, że nie ma sensu. Mało słońca, dużo nocy i wokół ludzie, którzy nie są blisko nas. Cieszę się, że nie jestem sam.
Jutro napiszę coś więcej. Padł mi twardy dysk w laptopie. Ale cóż znaczy mój problem przy śmierci.
Nawet głupio mi o tym mówić. Więc dziś już nic więcej nie powiem.
Szkoda Gościa. Mógł zaczekać. Nie działać spontanicznie.
Warto czasem się zatrzymać porozmawiać.
Komentarzy: 9
sobota, 03 listopad 2007, 22:43 "W perły zmienić deszcz"
Słucham utworu "W perły zamieniam świat" i nie wiem co powiedzieć. Naprawdę nie wiem.
Przeczytałem słowa Dharmy, że już nie ma wśród nas wokalisty Univers Mirka Breguły i nadal nie mogę w to uwierzyć.
W takich chwilach zaczynam sobie zdawać sprawę, że i mojego pokolenia dotyka już przemijanie, że coraz więcej będzie przybywać tych po których pozostaną tylko wspomnienia i zapalane znicze.
Wczorajszy dzień szczególnie wczesny wieczór nie należał do udanych. Lecz cóż znaczą te nieprzyjazne momenty w obliczu śmierci?

Gdzieś tam śpieszyłem się, gdzieś biegłem, na kogoś się gniewałem ...
A w tym czasie odchodził w samotności, opuszczał nasz świat głos który przez lata 80. wywoływał pewnie nie tylko we mnie emocje, głos który towarzyszył w pierwszych uniesieniach, przy którym zamykając oczy wspominałem, marzyłem, rozpamiętywałem miłosne chwile.

Ech życie, czemu z nami igrasz? Czemu nas każdego dnia w tak okrutny sposób doświadczasz?
Dobrze, że niektórzy pozostają nieśmiertelni. Może dlatego warto biec ku gwiazdom? Może dlatego tworzenie jest tak dla mnie ważne? Wiele myśli kłębi się w tej chwile w mojej głowie może czasem za wiele.

A jednak w takich momentach jak dziś kiedy siedzę sam z własnymi myślami, wsłuchując się w słowa "Czy wiesz, czy wiesz, dla Ciebie wszystko zrobić mogę, w perły zmienić w deszcz, czy wiesz, czy wiesz, za Tobą pójdę nawet nawet w ogień w wodę jeśli tylko chcesz, czy wiesz,czy wiesz..." wierzę, że mimo wszystko warto żyć nie tylko dla samego siebie!!


Komentarzy: 6
czwartek, 01 listopad 2007, 02:07 Zdałem sobie sprawę, że prawdziwą wartość drugiego człowieka odkrywamy dopiero wtedy, kiedy już go nie ma. Jak skarb, który trzymało sie w dłoni, ale bezwiednie pozwoliło mu się wyślizgnąć przez palce. — Jonathan Carroll

Komentarzy: 13
wtorek, 30 październik 2007, 18:59 cyt. ..."Jesteśmy tu po to, aby sobie wzajemnie pomagać. Najważniejszym prawem jest miłość".... J. Wilson z "Życia po śmierci".

Komentarzy: 44
piątek, 26 październik 2007, 23:41 Rozważne i Romantyczne :)
Trochę spałem. Może nawet coś przespałem? A tak poważnie to niezwykłe ile się dzieje w życiu człowieka. Nie wiem, czemu nieustannie się dziwię. Może we mnie nadal siedzi mały sikora? A może mężczyzna dopiero dorasta kiedy zostaje ojcem?
Zostawiam dzisiejszego wieczora problem ojcostwa.

Na biurku nieopodal monitora leży talerz, a na nim makowa masa, którą co jakiś czas łyżką podjadam. Pychota. A jak w zęby wchodzi!! Na uszach słuchawki. Lampka miło oświetla fragment biurka. W uszach spokojna muzyka. Nie powiem kto w tej chwili mi pomaga pisać, bo... pewnie bym dostał od Mieszkańców BM ochrzan. Smęci dziewczyna.

Dużo się dzieje. Lecz dziś najważniejsze, że spotkanie wtorkowe z Panią Nelly będzie miało kontynuację.

Pewnie ciekaw Jesteś o czym rozmawialiśmy. A o Kobietach. Tak, o Paniach. A spytasz dlaczego?

Ponieważ przede wszystkim dzięki Paniom jestem wolnym człowiekiem!!

Panie mi dodawały zawsze wiary, że warto walczyć. Na zakrętach mojego życia Panie podawały mi energetyzujący napój o nazwie „Nadzieja i Wiara”.
Kiedy mężczyźni poddawali się, to Panie były zdeterminowane i waleczne. Nasuwają mi się w tej chwili dwa słowa Waleczne i Romantyczne.
Dlatego doszedłem do wniosku, że doradca do spraw kobiet w kancelarii prezydenta jest odpowiednim adresem.

Drogie Panie mam wobec Was dług. A że sikora czasem też myśli koncepcyjnie, no to wpadł na pomysł, że warto wykorzystać dawno temu zdobytą podstawową wiedzę o procesach zarządzania. Kiedyś dawno temu, czyli ponad rok temu, zostałem przeszkolony w podstawowych narzędziach usprawniających procesy zarządzania. Uff. Ależ to zabrzmiało obco!! I dlatego wpadłem na pomysł by zainteresować nimi Panią Nelly.

Okazało się, że Pani Poseł rozumie idee i jest ciekawa, nawet głodna wiedzy.

Dziś Panie Wolandzie również spadł mi Pan z nieba a raczej z internetu, ofiarując pomoc. Niebawem zaproszę Pana do współpracy. Liczę na Pana wiedzę.

Pani Nelly zainteresowała mnie wzięciem udziału w zorganizowaniu Okrągłego Stołu Kobiet. Interesująca idea. A już dla mężczyzny!! Nie muszę więcej mówić. Pewnie większość meżczyzn chciałoby uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciu. Powiem więcej, że może, a nawet należy wziąć Panowie udział, bo my też jesteśmy częścią ludzkości.

Umówiliśmy się z Panią Nelly, że zachęcę Mieszkańców Blogowego Miasta do BURZY MÓZGÓW, nawet stwierdziłem, że przychodzę do Pani jako przedstawiciel Miasta, które nie ma prezydenta, nie ma samorządu, a nie panuje w nim anarchia. Jest sprawnie zarzadzane przez Mieszkańców.
Moi Drodzy, o czym warto rozmawiać, z czym warto wziąć się za barki, zastanówcie się, i podzielcie się z innymi mieszkańcami.
O jedno proszę, nie poruszajmy problemu aborcji. Dlaczego? Zwolennicy i przeciwnicy wykorzystują w ten sposób Panie przedmiotowo do tworzenia podziałów. Zwykła socjotechnika. Przez to nikt nie podejmuje innych tematów. Media mają przy tym niezłego newsa kiedy nie ma gdzieś pożaru czy innego medialnego wydarzenia. Stąd aborcja powraca jak dużurny bumerang. Dlatego też zostawmy ją ekstremistą.

A Blogowe Miasto niech skupi się na problemach które mogą łączyć, a nie dzielić. Bardzo proszę o jak największą Burzę Móżgów.



Komentarzy: 58
czwartek, 25 październik 2007, 03:45 Ciasto z Saskiej Kępy w chmurzastym świecie
Za oknem noc objęła swoimi ramionami całe miasto. Ludziska śpią. Wielu nieświadomych, że jutro może być ich ostatnim dniem. Niestety, wielu jutrzejszejszego dnia zgasi swą swiecę, staną się przeszłością. Liczę że choć będą żyć we wspomnieniach, tych co pozostaną? A teraz jeszcze śpią spokojnym snem. Nieświadomi nadchodzącego pożegnania.
Czemu o tym właśnie teraz piszę, właśnie tej nocy? Nie wiem. Może pora jest na tyle refleksyjna, że warto się zatrzymać, warto wspomnieć o przeszłości, o przeszłych dniach, tych bliższych i tych dalszych? Może muzyka?

Być może w jakimś sensie jestem już naznaczony? Czym spytasz Czytelniku. Odpowiadam: przeszłością, przemijaniem, bólem, pragnieniem, cierpieniem, złością, niecierpliwością, radością, promieniami słońca, optymizmem. Tym wszystkim co nas determinuje, co stanowi, że mamy w sobie tę wolę, która mimo przeciwności pozwala iść dalej, pozwala unieść się wysoko, gdzieś w chmurzasty świat. Jasne, że życie w chmurach nie jest dla nas ludzi miejscem środowiskowo przyjaznym. I sikora o tym wie. Choć nazwisko wskazuje, że jest w nim trochę z ptaka.

W chmurach żyją przede wszystkim anioły. Jedynie czasem zakłócają anielski świat ziemskie ptaki. Przylatują by przynieść ludzkie radości i smutki, by anioły mogły lepiej zrozumieć człowieczy los. My ludzie tylko przez błysk możemy się unieść w przyjazny chmurzasty świat. Lecz do tego, lub po to by rozwinąć skrzydła potrzebujemy innych, potrzebujemy pomocy, w dodawaniu, a raczej by nam dodawali...hm, tu się zastanawiam, nic mi w tej chwili nie przychodzi do głowy, a jednak myśl nie pozwala przejść płynnie dalej. Potrzebujemy optymizmu, tak OPTYMIZMU innych.

Teraz to sobie uświadamiam. Optymizm pozwala unieść się bardzo wysoko. Daje promień nadziei. Jest iskrą wyzwalającą wybuch nagromadzonej energii.

Przedwczoraj na smutnego sms od Cioci odpowiedziałem: Ciociu nie jest źle. Świat wcale nie jest smutny. Ciociu dziś zostałem poczęstowany pysznym ciastem z Ukochanej Ciocinej Saskiej Kępy. A ciasto smakowało wyśmienicie.
Ciocia odpowiedziała: jest iskierka nadziei.

Wczoraj notkę zatytułowałem „Ciasto z Saskiej Kępy”. Miałem napisać o wtorkowym spotkaniu lecz sił nie starczyło. Po prostu usnąłem z głową na biurku, a może w chmurach? Niech będzie, że na biurku, choć śniłem. Ach śniłem... jeszcze się uśmiecham do siebie.

We wtorek zostałem zaproszony na spotkanie na ulicę Wiejską nr 10 w Warszawie. Na ulicy Wiejskiej tuż obok Sejmu, a ściślej z sejmowym kompleksem sąsiaduje Kancelaria Prezydenta RP. Otóż wspólnie z Moim Przyjacielem mieliśmy okazję jako pierwsi złożyć gratulację Pani Nelly Rokicie, która została wybrana przez Warszawiaków do Sejmu RP z listy PiS. Zostaliśmy poczęstowani przez Panią Nelly wyśmienitym ciastem. Przyznam się, że miałem ochotę wziąć drugi kawałek, lecz ten drugi co we mnie siedzi, powstrzymał mnie. Wrzasnął do mnie, jasne, że w myślach:
- sikora, baranie uspokój się, przyszedłeś z pewnymi przemyśleniami, które uważasz, że warto jest realizować, więc nie napychaj się ciastem, choć i ja mam pokusę po kolejny kawałek sięgnąć...
- może jednak pozwolisz mi – odezwał się ten niesforny, co to każdego dnia toczy walkę z tym poukładanym sikorą – nic nie stanie się jeśli zjem jeszcze jeden kawałek ciasta.
Lecz w końcu ten ostatni odpowiedzialny za łajzowanie moje, machnął jedynie niewidzialnie ręką i wsłuchał się w to co Pani Nelly mówiła.

I powiem Ci Czytelniku, warto jest pójść prostą drogą, nie kombinować. Masz na to dowód. W tym spotkaniu nikt nie pośredniczył, nikt nie obiecywał spotkania, jak pewnie sobie pomyślisz.
Po prostu kilka dni wcześniej odnalazłem telefon do kancelarii prezydenta, do doradcy Pani Nelly Rokity, i po kilku chwilach usłyszałem po drugiej stronie miły głos Pani Krystyny Milewskiej opiekującej się, że tak powiem kalendarzem Pani Nelly. Później wysłałem maila w którym w syntetycznej formie przedstawiłem cel wizyty. Po kilku dniach podobną drogą otrzymymałem aprobatę.

Zadasz pytanie, dlaczego właśnie Pani Nelly Rokita. A dlatego, że kiedy czytałem udzielane przez Nią wywiady, czy oglądałem Jej spotkanie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” doszedłem do wniosku, że Pani Nelly jest mądrą, odważną i otwartą kobietą. Nie pomyliłem się.
Nie myśl Czytelniku, że ciasto było główny daniem naszego spotkania. Ciasto było miłym, przede wszystkim słodkim akcentem, a raczej słodkością w merytorycznym spotkaniu.

Idę spać. Liczę, że jutro obudzę się i opowiem Ci, o czym rozmawialiśmy. Jedno jeszcze przed zaśnięciem powiem: zawsze warto iść prostą drogą, warto szukać prostych rozwiązań, a nie kluczyć niepotrzebnie, jak i mnie się czasem zdarzało czynić.

Jeszcze wysłucham do końca dawno niesłyszanego utwóru. Zamykam oczy...
Komentarzy: 40
środa, 24 październik 2007, 19:51 Pieśń o suce - Sergiej Jesienin
"Pieśń o Suce" otrzymałem od Oliwki, z przyjemnością zamieszczam słowa Sergieja Jesienina, a że poezja rosyjska, szczególnie TAA jest mi bliska, to czynię to z wielką przyjemnością. Nie zapominam o cieście z Saskej Kępy. A może zajadąc się saskokępowym ciastem, warto sięgnąć po poezję Siergieja Jesienina?




"Pieśń o suce" Sergiej Jesienin


Rankiem w żytniej stodole,
Gdzie rogoża się złotem mienią,
Urodziła siedmioro suka,
Rudych siedmioro szczeniąt.

Do wieczora szczenięta pieściła,
Językiem ich przylizywała,
I topił się śnieg powolutku,
Gdy brzuchem ich swoim grzała.

A gdy na grzędy siadają kury
I zbliża się wieczoru pora,
Wszedł właściciel ponury
I wszystkie szczenięta włożył do wora.

Po zaspach starała się biec,
Próbowała co sił za nim gnać
I tak długo, długo drżała
Niezamarzniętej wody gładź.

A gdy powoli z powrotem się wlokła
Liżąc swe boki od potu,
Wydał się jej księżyc nad chatą,
Jednym ze szczeniąt z jej miotu.

W niebieską otchłań głośno,
Patrzyła suka i wyła,
Aż cienka księżyca tarcza,
za górą, polami się skryła.

I głucho, jak gdy zamiast ochłapu,
Rzucali jej kamienie dla śmiechu,
Potoczyły się szybko psie oczy,
I utkwiły z gwiazdami w śniegu.


Komentarzy: 30
wtorek, 23 październik 2007, 21:41 Ciasto z Saskiej Kępy :)

Komentarzy: 37
poniedziałek, 22 październik 2007, 05:52 No to mamy po wyborach
Teraz należy już czekać tylko na Cud. Polakom się należy, tak jak Irlandii :)
Komentarzy: 92
sobota, 20 październik 2007, 01:53 Prawda o ułaskawieniu
No to może niech będzie teraz o moim ułaskawieniu. Wszyscy na mój temat rozmawiają, a sam zaintersowany nie wypowiada się. Cóż fanklub polityków woli słuchać swoich ulubieńców, kandydatów, faworytów. Zawsze tak jest i w tym momencie dla potwierdzenia swoich słów kiwam przyjażnie swojemu odbiciu w szybie pociągu ekspresowego głową. Jadę do Krakowa.

Otóż, przewodniczący Donald Tusk pomylił się i wydaje mi się, że nie potrzebnie zaatakował moją fizycznością prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który mnie ułaskawił. Oświadczam, że zostałem ułaskawiony przez odchodzącego Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w dniu 5 grudnia 2005 roku.

W pażdzierniku 2005 roku tuż przed pierwszą turą wyborów w Przekroju Piotr Najsztub pytał o nas czyli o chłopaków z Długu Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Można odnależć na stronach internetowych Przekroju wypowiedzi obu polityków. Wówczas Lech Kaczyński odpowiedział jednoznacznie na zadane pytanie. Ułaskawi. Donald Tusk odpowiedział, że musi sie zapoznać z aktami wówczas podejmie decyzję.
Sądzę, że Lech Kaczyński sprawujący urząd Ministra Sprawiedliwości a także Prokuratora Generalnego miał możliwość zapoznania sie z naszymi aktami i dlatego jednoznacznie odpowiedział. Donald Tusk tej wiedzy nie miał.

Wydaje mi się, że właśnie wypowiedż Lecha Kaczyńskiego przypieczętował moje ułaskawienie przez odchodzącego prezydenta. Podjął decyzję.
Czy był to przykrycie innych decyzji? Pewnie tak. Czy była to decyzja polityczna. Nie mam złudzeń. Tak. Otrzymałem wolność z rąk prezydenta. Mówię tu w przenośni, bo akt wręczył mi Sąd Penitencjarny dla Warszawy, między świętami Bożego Narodzenia i Sylwestra 2005 roku.

Donald Tusk się pomylił. Tak, spotkałem się z nim, na konwencji warszawskiego PO w klubie Hybrydy w Warszawie, ale już po ułaskawieniu.
Jedno w tej pomyłce jest dobre, przypominając o mnie przypomniano o Arturze Brylińskim drugim z Długu, który nadal żyje w zawieszeniu. Nie w więzieniu, a czasowo jest poza terenem jednostki penitencjarnej. Jest urlopowany do czasu rozstrzygnięcia przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego jego prośby o łaskę. Przerwę w karze zastosował wobec niego minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Wierzę, że Artur zostanie ułaskawiony.
Ale, że wybory wchodzą w fazę roztrzygającą, to uważam, że warto przypomnieć o jego losie zwykłym Polakom.

Powtarzam, Artur jeszcze nie został ułaskawiony. Być może dlatego wobec niego tak długo trwają procedury, że Kancelaria Prezydenta doszła do wniosku, że przerwa w karze jest również próbą dla niego.

Przypomnę, że starałem się trzykrotnie o udzielenie mi Prawa Łaski. Pierwszy raz wspólnie z Arturem w 2000 roku. Wówczas sądy odrzuciły nasze prośby i według przyjętych procedur wnioskom nie został nadany bieg. Sądy obu instancji czyli Sąd Okręgowy i Sąd Apelacyjny zaopiniowały nasze prośby negatywnie.

Wówczas Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski nie skorzystał z przysługującego mu prawa czyli wszczęcia procedury ułaskawieniowej z pominięciem opinii sądów, tak samo nie skorzystał ze swoich uprawnień minister sprawiedliwości Grzegorz Kurczuk. Drugi raz starałem się bodajże w roku 2002 i też moja prośba o łaskę nie została rozpatrzona pozytywnie.
Ale, że jestem uparte zwierzę, to w 2004 roku pownie złożyłem swoją prośbę do Prezydenta. I tym razem obie instancje sądowe zaopiniowały negatywnie moją prośbę. Jednak w lutym 2005 roku Kancelaria Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego skorzystała z przysługującego głowie państwa prawa i wszczęła postępowanie z własnej inicjatywy. Na początku grudnia a dokładnie 5.12.2005 roku zostałem ułaskawiony.
Artura wniosek został zaopiniowany przez obie instancje negatywnie. Prezydent Aleksander Kwaśniewski nie skorzystał z prawa do wszczęcia procedury z własnej inicjatywy. Tym samym Artur pozostał w więzieniu.

Z tego prawa skorzystał tym razem Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i Artur w kwietniu 2006 roku opuścił ZK we Włocławku. Teraz czeka na decyzję Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Różnica między mną a Arturem jest następująca. Artur decyzją ministra Zbigniewa Ziobry otrzymał przerwę na czas trwania procedur ułaskawieniowych. Przerwa w karze nie jest przedłużana, ponieważ trwają procedury.
W moim przypadku otrzymałem przerwę w karze na czas ograniczony, na podjęcie leczenia w warunkach wolności. W sumie otrzymałem pięć przerw w karze:
Pierwsza:
IV 2004 - IX 2004 - sześć miesięcy
Druga
IX 2004 - III 2005 - sześć miesięcy
Trzecia
III 2005 - VI 2005 - trzy miesiące
Czwarta
VI 2005 - IX 2005 - trzy miesiące
Piąta
IX 2005 - I 2006 - trzy miesiące a dokładnie do 10 stycznia 2006 roku.

W tym czasie dwukrotnie przebywałem w szpitalu psychiatrycznym z załamaniem nerwowym, po próbie samobójczej. Przyjmowałem leki przeciw depresyjne. I czekałem. Każda przerwa w karze mogła się zakończyć odrzuceniem mojego wniosku o przedłużenie. Nie wiedziałem jaką decyzję podejmie Sąd Penitencjarny, stąd odliczałem dni, śpiesząc się czy zdążę wywalczyć ułaskawienie przed powrotem do więzienia.
Kulisy swojej walki o ułaskawienie i nie tylko, zawarłem w książce która niebawem ukaże się w wydawnictwie Albatros Andrzeja Kuryłowicza.

Dlaczego postanowiłem w taki obszerny sposób odnieść się do sprawy ułaskawienia? Ponieważ nie chciałbym aby ułaskawieniu Artura Bryliskiego towarzyszył jakikolwiek błąd ze strony osób kreujących opinię społeczną, szczególnie dziennikarzy i doradców medialnych. Pewnie gdyby mieli gdzie znależć materiał o ułaskawieniu nie było by wpadki w debacie między Aleksadrem Kwaśniewskim a Donaldem Tuskiem.

Nie wiem czemu krąży plotka, że Artur jest ułaskawiony. Być może kiedy opuścił ZK we Włocławku dziennikarz z PAPu pomylił się u napisał, że został ułaskawiony. Artur otrzymał wówczas przerwę w karze, na której do tej chwili jest.

Ot i cala prawda o ulaskawienieniu,
Komentarzy: 67
piątek, 19 październik 2007, 15:47 Komentarz Pana Wolanda
Dzień dobry. Przepraszam, że dopiero teraz ale wcześniej nie mogłem. Na początek - dziękuję za podjęcie mojego apelu. Co do szczegółów mojego pomysłu, to już streszczam główne myśli. Po pierwsze, odczuwam że w takim gronie, jesteśmy w stanie przeprowadzić akcję społeczną.... Ale od początku. Jestem a może raczej byłem związany z dużymi korporacjami i wielokrotnie dostrzegałem dysonans pomiędzy jakością zarządzania w prywatnym przedsiębiorstwie a zarządzaniem w sektorze państwowym. Często zastanawiałem się co by się stało gdyby pewne narzędzia zarządcze zaimplementować w instytucjach publicznych... Wielokrotnie słyszeliśmy od różnej maści polityków recepty na uzdrowienie szpitali, ZUS-u, szkolnictwa itd. Z doświadczenia wiem, iż bez konretnego aparatu narzędziowego nie da się wprowadzić szczytnej idei "taniego państwa"... Mój apel związany jest z koncepcją szerokiego poparcia społecznego dla tego typu inicjatywy. W sektorze publicznym taki program zastosował Rudi Giuliani w Nowym Yorku i osiągnął znakomite efekty. Czekam na Państwa opinie i serdecznie pozdrawiam.

Komentarzy: 17
czwartek, 18 październik 2007, 03:29 Ułaskawiony Tomasz Sikora
Niektórzy pytają mnie: te sikora jak się czujesz? Za każdym razem odpowiadam, że dobrze. No ale jak się czujesz, co czujesz kiedy uświadamiasz sobie, że Były Prezydent z Niedoszłym Prezydentem pokłócili się o ciebie? Wówczas macham ręką.

Przyznam się, że nigdy w swoim życiu nie sądziłem, że stanę się przyczynkiem do awantury i to na wizji. Cóż Kochani Rodacy, przepraszam Was, że jestem tym kim jestem.

Zastanawiam czy nie było by prościej zaprosić sikorę do studia i co jakiś czas przy pomocy jakiegoś osiłka łupnąć jego fizycznością w adwersarza. Może stałbym się ciałem niebieskim? Spytasz Czytelniku dlaczego ciałem niebieskim? A no nie wiem. Tak sobie knuję pod nosem, może lepiej mruczę, czy wręcz nucę przebój dawno nieslyszany. Już wiem czemu niebieski kolor mi przyszedł do głowy. Spece od medialnej hochsztaplerki pewnie ubrali by mnie na niebiesko, bym w błękicie lepiej się prezentował kiedy by mną szermierze słowa wymierzali sobie razy.
Wyszło na to, że stałem się mięsem, a może kiełbasą wyborczą? Kiełbasą to na pewno nie, ale mięsem z pewnością.

Przepraszam za swoje wynurzenia. Lecz godzina póżna. Powinienem spać. Jutro mam spotkanie ze studentami, jednak jeśli dziś nic nie napiszę o debacie, to może świat się zawalić. Oczywiście, że sobie kpię. Tu zwracam się do tych co to w każdym moim słowie dopatrują się goryczy, zgorzknienia, braku czegoś tam, może piątej lub szóstej klepki. Ok.

Póżno to póżno. Toteż trzeba machnąć ręką i iść dalej.

Najlepszym motywem jest fakt, że kiedy byłem na ustach Złotoustych, lub Debatoustych, sam zmagałem się z pośpiechem a raczej z promem co to mnie przewoził przez Świnię by zdąrzyć na wirtualny pociąg. Świnia to nie tylko zwierzę, Świnią jest również nazwana rzeka. Już sobie wyobrażam jak mnie prom przewozi przez stado świń. Spokój sikora!! Kontynuuj.

Jeśli tak dalej pójdzie to nie przejdę do meritum rzeczy i Ty Czytelniku uznasz mnie, a raczej utwierdzisz się w przekonaniu, że sikora to... tu zostawiam miejsce na wpisanie odpowiedniego słowa które przyjdzie Ci na myśl czytając ów przepojony goryczą i złością do całego porządnego świata teks.

Debata mi przeszła koło nosa. Ale za to w krótkim czasie rozładowała mi się komórka. Telefon dzwonił jak wściekły. Głównie dominowały zatrzeżone numery, których nie odbieram. Bo póżna pora. I tak co kilka minut wybuchał mój telefon kolejnym motywem dwonkowym by mnie wprowadzać w czujność podszytą ciekawością by przycisnąć zielony klawisz z narysowaną słuchawką. Jednak czujność okazała się tym razem silniejsza od ciekawości.

Kiedy już posiadłem wiedzę co też się na wizji w studio wydarzyło, to ogarnął mnie lęk czy aby nie zostanę kolejny raz wykorzystany podobnie do kobiet lekkiego prowadzenia, które świadczą usługi panom w tym i politykom, z tą różnicą, że oni zaspakają w ich ramionach swoje żądze, a mną rozgrywali swoje rządze. Przynajmniej dwa razy tak się zdarzyło, że nie ustalając zakresu usług, które miałem świadczyć, postanowiono użyć mnie, pewnie uważając, że sikora to przedmiot co to nie czuje, nie rozumie i nawet nie zaprotestuje, już o daniu w gębę nie wspomnę. Nie tylko politycy w ten sposób próbowali mnie traktować.

Następnego dnia wracałem do Warszawy. Wracałem ponieważ zostałem zaproszony przez ludzi z otoczenia Przewodniczącego Tuska. Panowie chcieli się ze mną spotkać. Co prawda miałem inne plany. Ale jeśli opozycja wzywa to czy mi się podoba czy nie, trzeba jechać. Każdy by pewnie podobnie do mnie postąpił. Nawet i ten co nie kocha słowa liberał.

Ruszyłem InterCity za prawie sto zeta do Warszawy. Zwykle pokonuję tę trasę za pięć dych, bo jadę TLK, a tu zmuszony byłem pojechać burżujskim środkiem transportu w którym częstują jeden raz czymś słodkim i mokrym.

Natychmiast kiedy stanąłem na Mazowieckiej Ziemi, której nie ucałowałem jak minister Siwiec, ruszylem do miejsca o które dziś i jeszcze przez kilka dni będą walczyć wszyscy ze wszystkimi, tu autor ma na myśli polityków i ich fanklub.

Wchodzę do biura przepustek. Nikt mnie nie wita chlebem i solą? Szkoda.
Pukam się w głowę i mówię do siebie:
- sikora ty nie bądż taki hardy, ty się zachowuj. Jesteś w miejscu gdzie tworzy się twoją jakość życia. Więc tym razem bądż grzeczny.
Zwracam się do pana siedzącego za szybą w mundurze straży marszałkowskiej:
- czy jest przepustka na nazwisko sikora sławomir?
- Nie ma.
- Jak to? Nie ma dla mnie przepustki? Nie ma na nazwisko sikora sławomir?
- Nie. Jest na nazwisko tomasz sikora.
- Wie pan a jest mi to obojętne, czy jestem dziś tomasz czy sławomir. Widzi pan może i lepiej tomasz, bo tomasz był niewiernym, tak jak ja.

Pan się zaśmiał. Wziąl dowód i szybko wydrukował przepustkę jednorazową do biura poselskiego PO, dodam, że do pokoju 109 jakby mi kto nie wierzył.
Wszedłem do budynku. Panie Boże pomyślałem, toż ja jestem maluczki czlowieczek. Chodzę teraz po tych no korytarzach, po których stąpają tacy wielcy ludzie, a i niekiedy trafiają się niskiej kondycji, czy nawet kondycji płaczącej, a nawet mdlejącej.

Zostałem przyjęty bardzo ciepło. Niestety nie miałem tym razem okazji uścisnąć dłoni Pana Spindoktora PO czyli mojego imiennika Posła Nowaka, nie mylić z Tomaszem. Już nie wspomnę, o Panu Przewodniczącym. Ale obejrzałem sobie jego gabinet. Nawet zobaczyłem Panów w telewizorze, przemawiających do narodu.
Miło było posiedzieć w gabinecie Przewodniczącego PO. Przyjemne miejsce. I tak w towarzystwie sympatycznego prawnika porozmawialiśmy sobie przez blisko godzinę, czekając na Panów. Po godzinie doszedłem do wniosku, że przecież mamy komórki i nie potrzebnie zajmujemy sobie czas. Zawsze możemy się zdzwonić.

Jak ustaliliśmy tak zrobiliśmy. Wyszedłem. Jeszcze po drodze minąłem zafrasowaną Julię Piterę pijącą napój gorący w filiżance. Oczywiście, że nie przeszkadzałem. Nie wziąłem autografu.

Po kilku minutach marszu długimi korytarzami, potykając się a raczej mijąjąc siedzących gdzie podpadło dziennikarzy wyszedłem z gmachu Sejmu. Odetchnąłem z ulgą. Spłynął na mnie spokój. Zdałem sobie sprawę. że tak naprawdę to mi życie uratowała zapłakana dziś poseł PO Sawicka, co to błagała o życie ministra Kamińskiego. Tak przy okazji szantażując popełnieniem samobójstwa.

Dlaczego tak uważam. Ponieważ nie stałem się przepychanką w czyjejś nie do końca czystej grze. Dlaczego tak uważam. Bo mnie szlag trafia jak się mną rozgrywa szachy, czy inne gry salonowo-polityczne. Więcej, rozgrywają mną ludzie którzy nawet nie pamiętają mojego imienia. Dziwne? Prawda? Nie będę wspominał już o takim drobiazgu co się nazywa prawie sto zeta które musiałem wydać by się udać do Wawy. A w Krakowie tak przyjażnie świeciło słońce!!
Mogłem pójść na spacer na Kazimierz, czy nawet napić się wódki w barze Wódka. Nie, mnie zachciało się przyjąć zaproszenie liberałów, co to nawet nie potrafili oddzwonić i podziękować za trud, za zmianę planów, choć dzięki mnie chcieli zdobyć parę punktów przewagi.
Komentarzy: 54
środa, 17 październik 2007, 11:23 Krakow - Warszawa 3
Zasnąłem. Po godzinie obudziłem się. Niestety przedział nie był przepełniony podróżnymi wibracjami. Nadal tkwiliśmy na dworcu Poznać Główna. Dlaczego, nie wiedziałem. Co jakiś czas dolatywały mnie słowa peronowego spikera:
- Policja potrzebna na peron III. Pilnie prosimy o policję!!

W końcu poczułem, że wagon wpada w przyjazne podróżnym wibracje. Ruszyliśmy. Zasnąłem mocnym przedziałowym snem. Co jakiś czas budziłem się odrętwiały. Otwierałem oczy. W przedziale było ciemno. Zasypiałem. Za którymś razem zobaczyłem, że przedział tonie w promieniach słonecznych. Kiedy dzień zagościł na dobre w nim, przeciągnąłem się. Mlasnąłem. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła godzina 9.00. Wstałem. Rozejrzałem się. Wspólnik podróży już nie spał. Rozmawiał głośno przez telefon. Usłyszałem rozmowę, a bardziej monolog:
- Widzisz kochanie. Staliśmy w Poznaniu półtorej godziny, ponieważ w ostatnim wagonie umarł człowiek. Za nim odłączyli wagon, za nim dopełniono wszystkich procedur minęło tyle czasu. Okropne. Dobrze, że nie zmarł w środkowym wagonie. Jeśliby tak się stało, to do rana byśmy nie pojechali. - zakończył rozmowę.

Ależ się teraz rozziewałem. Nie wiem dlaczego? Za oknem chmury. Nawet jednego promienia nie ma. Ziewam. W uszach The Cars. Znów ziewam. Okropne. Oczy mi łzawią, a raczej płyną z nich łzy Minęliśmy most. Jeszcze 30 minut i Warszawa.

Popatrzył na mnie. A ja chyba miałem śmieszny wyraz twarzy.
- Mówi Pan poważnie?
- Tak.
Jeszcze wymieniliśmy kilka uwag i znów każdy pogrążył się w porannym otępieniu, które podsycało podróżne zmęczenie.

Z ponad godzinnym opóżnieniem Kraków mnie powitał. Bagaż pozostawiłem w przechowalni. A sam ruszyłem do Miasto, a ściślej do Nowej Huty do siedziby Interii.
Spotkanie w biegu z trzema osobami. I na powrót taksówkowy bieg do pociągu.
O 14.00 wskoczyłem spocony do wagonu i zatopiłem się w lekturze dzisiejszych dzienników, w poszukiwaniu śladów wczorajszej debaty Prezydenta Kwaśniewskiego z Donaldem Tuskiem.

I jak tu coś zaplanować, jeśli życie toczy się w chwilach? Ale najważniejsze, tym razem zdążyłem uchwycić to coś lub tego kogoś. Sądzę, że idąc za przykładem pewnego pisarza niekoniecznie Polaka udało mi odnależć utracony świat.
Komentarzy: 18
środa, 17 październik 2007, 11:21 Krakow - Warszawa 2
Ocho chmurzy się. Czym bliżej Wawy więcej chmur. Czyżby pogodę szlag trafiał? A w Krakowie było TAAAKIEEE Piękne Słońce, nie wspomnę o Świnoujściu. Szkoda.

Pociąg dopadliśmy w Szczecinie Dąbie. Byliśmy dosłownie kilka minut przed jego odjazdem. W Poznaniu część wagonów udawała się do Krakowa a druga część do Warszawy.
Kierownik pociągu pyta:
- Dokąd bilet.
- Do Poznania. A można do Warszawy? - pytam.
- Nie bo te wagony jadą do Krakowa.
- Do Krakowa?
- A tak.
- To może pojadę do Krakowa?
- To Pan decyduje.

- Dobrze, zastanowię się.

Konduktor wyszedł. Jechać od razu do Krakowa, a potem do Tarnowa, czy przerywać podróż i jechać do Warszawy? O to jest pytanie.
Zdecydowałem się, że jednak jadę do Krakowa. Zapłaciłem za kuszetkę. O tak. Teraz rozumiem, że jakość podróżowania wpłynęła na moją decyzję.
W Krakowie pociąg planowo jest o godzinie 9.00, a od drugiej do dziewiątej to wystarczająco dużo czasu na sen - zamyśliłem się.
Nawet nie zdawałem sobie dotychczas sprawy, że kuszetka i cena biletu może wpływać na zmianę planów? Interesujące. A może wrodzone lenistwo, oczywiście moje?

Na chwilę wyszło słońce.

Położyłem się. Wygodnie rozbiłem się obozem w przedziale. Po chwili wszedł młody człowiek, a za nim kierownik pociągu. Oznajmił ten ostatni, że do Krakowa jedziemy razem. Skinąłem głową i tyle mnie było.
Komentarzy: 0
środa, 17 październik 2007, 11:17 Krakow - Warszawa 1
I jak tu mogę normalnie zaplanować swój czas? U mnie wszystko jest na głowie postawione. Kilka dni spędziłem w Świnoujściu. W poniedziałek zaplanowałem powrót do Wawy. Wieczorem. Wtorek spotkanie w Wawie. Póżniej wyjazd do Krakowa. Potem Tarnów, Rzeszów jeśli zdążę. I w czwartek powrót do Wawy.
Niestety nie z mojej winy jestem hm... tu muszę się zastanowić gdzież jestem. A jestem niecałą godzinę od Warszawy. Jadę InterCity, za prawie 100 zeta, po to by spotkać się ok godziny 17.00.

Wczoraj wieczorem szykowałem się do powroty do Wawy. W Internecie sprawdziłem pociągi ze Świnoujścia. Jak byk stało napisane TLK 21.30 Warszawa Centralna przyjazd kilka minut po szóstej rano.
Prom przewiózł mnie ok 21.30. Prom opuścił trap, tobołki w dłonie i bieg na peron by zdążyć na pociąg, który widziałem wsiadając na prom. Wpadam na peron a tu pociągu nie ma. Amba. Pociąg wcięło.

W kasie dowiedziałem się, że najbliższy jest ok 5 rano. Cóż było robić. Telefon. Przyjechała Odsiecz ze Świnoujścia i w drogę gonić pociąg TLK. Pociąg miał nad nami przewagę ponad pół godziny, ponieważ za nim Odsiecz zorganizowała samochód, za nim przeprawiła się promem z wyspy Uznam musiało upłynąć dobre pół godziny.
Kierunek Szczecin Dąbie. A zapomniałem powiedzieć, że według rozkładu pociąg odjechał o godzinie 21.18, a nie jak w internetowym rozkładzie o 21.30. Niewielka różnica, ale jakże ważne, szczególnie że po nim już nic w kierunku Szczecina nie nie jechało.
Komentarzy: 1
środa, 17 październik 2007, 00:15 Warszawa - Poznan 7
Nie jedna się pasła a całe stado, kilkanaście sztuk skubało rudawe kępy na krawędzi. Stanąłem. Pewnie każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Odezwała się do mnie racjonalność.
- Ech sikora ty to masz matole szczęście. Zamiast gnić pod celą w zapomnianym przez Boga miejscu z wyrzutkami świata. Chodzisz sobie po górach. Patrzysz na kozice. Nie masz obok siebie ludzi. Jesteś tak jak chciałeś sam jeden. Możesz zrobić co ci się żywnie podoba. Możesz wszystko. I co zadowolony? - spytała.
- Pewnie.
- To jak już baranie się nasyciłeś tym pięknem przyrody, to zdaj sobie sprawę: otóż po polskiej stronie zachmurzyło sie. Jest zimno. Minęła godzina 15.40. Nie masz latarki. Niesiesz na plecach ciężki plecak, który mogłeś zostawić w przechowalni lecz ty musiałeś z całym majdanem ruszyć w góry. Masz obtarte do krwi nogi. Skarpety znów założyłeś pożal się Panie Boże. Nie znasz trasy. Nie masz mapy. Roboty na Kasprowym utrudniają, czy wręcz uniemożliwiają zejście szlakiem przez Kalatówki. Jesteś zmęczony. Każdy kwadrans będzie dla ciebie co raz trudniejszy. Z każdą chwiłą będziesz słabł. A mrok w góry przychodz bardzo szybko. Jeśli się zaraz nie ockniesz z tego podziwiania dzikich kóz to GOPPR będzie miał co robić. Może nawet przelecisz się śmigłowcem? Jeśli oczywiście komórka bedzie Ci dzialać. Bo zamiast ją w nocy załadować, ty baranie jeden poszedłeś spać. A teraz nie dosyć, że rozładowana to jeszcze zamrożona, i zamiast ją wyłączyć, by oszczędzać baterię, to ptaki płoszyłeś dzwonkiem. Baran jesteś sikora. Wielki matoł.

Bateria pada. Wystarczy mojego smęcenia. Wars żyje pełnią życia. The Cars zagłusza pociągowy szum. A ja wzdycham głęboko i za chwilę odlecę w inną przetrzeń. I o swoim zejściu opowiem przy innej okazji.

Patrzę w okno. Za oknem leje. Już gdzieś za mną Złota Polska Jesień. Pociąg przyśpiesza. W takim razie pozostaję z kolesiami z The Cars.

Komentarzy: 0
środa, 17 październik 2007, 00:08 Warszawa - Poznan 6
Pewnie długo bym jeszcze stał gdyby nie tak cholerna racjonalność. Przypomniała się o sobie w delikatny sposób. Nie zdążysz na pociąg. Ruszaj baranie. Czas na ciebie. Wystarczy tego podziwiania i gapienia się.
Cóż miałe robić. Ruszyłem błotnistą drogą w kierunku Kasprowego. Czwórka turystów ubrana w firmowe ciuchy, ruszyła na przełaj by ominąć górę mimo, że GOPRowcy usypali kopczyk z kamieni na skrócie, a szlak czerwony prowadzi przez szczyt. Coż ludzka głupota nie zna granic. Sam kiedyś wziąłem udział w najgłupszej wyprawie życia. O niej może opowiem przy innej okazji.

Minęliśmy Konin. Prądu zostało mi na pół godziny. W wagonie restauracyjnym ktoś je żurek. Niestety ktoś również na korytarzu pali. Dolatuje do mnie smród. Na szczęście utwór The Cars daje mi power. A teraz Ultravox "Visions in Blue". Ktoś a raczej pani przeszła trzymając w rękach tacę. Pozostał po niej zapach. Wciągam go. Fasolka. Czyżbym był głodny?

Zamykam oczy. A raczej otwieram je szeroko. Jestem na powrót na czerwonym szlaku. Idę mimo ciężaru przez szczyt. Wdrapuję się na niego. Jestem w chmurach. Po polskiej stronie jest ich więcej. Co jakiś czas są przeganiane przez słowacką dziewczynę. Nagle widzę kosmate zwierzę. Stoi obok mnie. Tym razem jakieś 3 metry. Gapi się na mnie. Widzę w oczach zdziwienie, graniczące z lekceważeniem. Po chwili obniża łeb i żre trawę. Kozica. Cepr, raczej cep sikora zobaczył prawdziwą kozicę i nie w ZOO a w Tatrach!!

Komentarzy: 3
wtorek, 16 październik 2007, 21:30 Warszawa - Poznan 5
Ruszam. Idzie mi się co raz gorzej. Jest mi zimno. Wreszcie staję przy drogowskazie. Jestem na Liliowe. Hurra!!
Patrzę na góry. Widok niesamowity. Ależ słowo, kiepskie określenie. Niezwykła głębia. Jeszcze jak teraz sobie przypominam o chwili spędzonej na Liliowe to... nie ma mnie w pociągu. Jestem bardzo daleko. Widzę rude góry, fragmenty szczytów w chmurach, inne oświetlone promieniami słońca, które zachowują się jak reflektory. Rudość traw przechodzi prawie w czerwień. Po stronie Polskiej chmurzasto. Ciemno. Zła widoczność. Szaro. Odczuwam, że góry przyglądają się intruzowi sikorze, mają marsowe czoła, twarz zmęczonego człowieka.

Po stronie słowackiej oglądam twarz pięknej dziewczyny. Jasne włosy, na tle błękitnego nieba są zjawiskowe. Stoję między dwoma światami, które przedziela ostra szara krawędż, wydeptana, błotnista. Wybór należy do mnie. Zastygam. Budzę się z letargu. Odczuwam, że ciężar niesiony na ramionach wywołuje w tych ostatnich nieprzyjemny bół. Jest mi zimno. Wieje. Zdejmuję 80 litrowy ciężar z siebie. Otwieram jego wnętrze. Wyjmuję specjalne przeciwietrzne spodnie. Kilka minut póżniej mam gdzieś już wiatr, zimno, jestem odpowiednio opatulony.

Teraz bez zbędnego ciężaru stoję i gapię się na słowacką stronę. Podziwiam piękną dziewczynę. Słyszę szumiący górski potok. Z tej wysokości mogę go jedynie usłyszeć, zobaczyć już nie. Jednka kiedy się długo wpatruję dostrzegam malutką srebrzystą wstęgę, a raczej siwy włos. Za mną jakieś głosy ze sobą rozmawiają. Coś sobie tłumaczą. Cztery osoby mijają mnie. Zatrzymują się. Idą z Zawratu. Pozdrawiamy się. Mają ochotę zagaić. Odwracam się do nich plecami. Stoję tyłem do Polski. Patrzę na błękitne niebo. Prawie na wyciągnięcie ręki przelatuje gawron czy inne wronie ptaszysko.
Komentarzy: 5
wtorek, 16 październik 2007, 21:19 Warszawa - Poznan 4
Ci co znają drogę na Halę Gąsiennicową wiedzą o czym mówię. Jeszcze półgodziny i jestem w schronisku, a ściślej przy schronisku. Coś mnie pchało dalej. Zamiast jak przykazała tradycja ceperska, zamówić piwo w Murowańcu, ruszam dalej. Wybieram Kasprowy. Czas 55 minut. Godzina zbliżała się 14.00. Ostatni autobus do Krakowa mam o godzinie 20.20, a ostatni pociąg do Warszawy z Krakowa o godzinie 22.40. Czasu tym samym mam wystarczająco dużo by się wspiąć na szczyt. Po jakimś czasie dochodzę do Kutna.
Stoimy na stacji w Kutnie. Pociąg rusza. Zamykam oczy jestem na powrót w górach.

Odpisuję na sms:
8.10.07 14.24 "Minąłem jakieś pół godziny temu schronisko na Gąsiennicowej. Teraz lezę na Kasprowy. Chmurzy się.

Stoję przy drogowskazach jeden zaprasza w 55 minut na Kasprowy, drugi w 55 na Liliowe. Gdzie się wybieram. Oczywiście na Lilliowe. Droga nie jest trudna. Niestety ponad 40 kg garb zaczyna ciążyć. Ale rude góry dostarczają tyle adrenaliny, że lezę wyżej.
Przełęcz Liliowe dla moich nóg staje się dość sporym wyzwaniem. Co jakiś czas na kamiennych schodkach muszę się zatrzymać. Nogi puchną. Zaczynam przypominać sobie o swoich obtartych nogach. Niestety powraca racjonalność. Budzi się cholera. Już zaczyna drążyć sobie drogę do mojej świadomości. Przelatują myśli, czy zdążę zejść z gór, bo ciemno się robi co raz szybciej, czy dam radę dowlec się do schroniska, garb mi co raz bardziej ciąży, chmury od strony polskiej nachodzą na mnie, jestem ponad 1900 metrów, pogoda zmienna.

Ruszam. Racjonalność milknie. Słyszę swoje głośno oddychające płuca. Na szczęście miarowo. Nie mogę się doczekać kiedy wejdę na Liliowe i zobaczę tabliczkę na Zawrat. Ostatnie metry strasznie się dłużą. Nogi puchną. Znów muszę się zatrzymać. Racjonalność dobiera się do mnie: nie dasz rady, spóżnisz się na pociąg, po co załadowałeś plecak taką ilością szmat, dlaczego nie masz jedzenia, sikora baranie gdzie cię poniosło.

Komentarzy: 2
wtorek, 16 październik 2007, 21:11 Warszawa - Poznan 3
Wstawaj - wrzasnęła obudzona racjonalność.
No i się cholera obudziła. Teraz będzie mi zawracać głowę, czepiać się każdego przeze mnie wykonanego kroku. Pewnie zaraz czepnie się obtartych nóg - pomyślałem. Jednak tym razem pomyliłem się. Zamknęła się w sobie. Nie przeszkadzała mojej duchowości i fizyczności.
Zebrałem się w sobie. Wrzuciłem garba na plecy i po chwili znów sie z mozołem wspinałem w kierunku Hali Gąsiennicowej:

Zatrzymuję się i odpowiadam na sms:
"Dziękuję. Idę na Gąsiennicową Lekki wierzyk, słońce, piękna widoczność, ludzi nie ma. Minąłem jedną parę, nabiera teraz znaczenia pozdrowienie. Ptaki śpiewają."

Co jakiś czas, spotykałem ludzi. Ich obecność mi nie przeszkadzała. Pozdrawiailśmy się w zwyczajowy sposób. Czasem ktoś przystawał. Parę zdań na tematy zbliżone z górami. Pożegnanie. I znów powrót na szlak, nie mylić na szlag. Nogi nawet tak mocno nie piekły. Zacząłem odczuwać ciężar przyczepionego na placach garba, jednak przyjemnie z nim się zmagałem.

Odpowiadam na kolejnego sms:
8.10.07 13.24 Dotarłem do kosodrzewin. Ludzi mało. Stoję na rozstaju dróg. Gdzieś daleko słychać głosy. Nikt nie mówił że będzie lekko. Warto było walczyć dla tych chwił -)".

Woda z czoła płynęła nieprzerwalnie. Nie martwię się, ponieważ mam w plecaku odpowiedni zapas, a w ostateczności zawsze mogłem sięgnąć do mijanych zródełek. Wreszcie mijam linię kosodrzewin. Staję jak wryty.
odpowiadam na sms:
8.10.07 godzina 13.30 "Dotarłem do linni kosodrzewin. Lekko sie chmurzy:"

Komentarzy: 1
wtorek, 16 październik 2007, 21:06 Poznan - Warszawa 2
Nawet nie obejrzałem się kiedy doszedłem do Kużnic. Podszedłem do budki w stylu zakopiańskobadziewnej i kupiłem bilet za kilka zetów, umożliwiający mi wejście do Tarzańskiego Parku Narodowego. Część racjonalna we mnie nie protestowała jedynie przyglądała się wyczyną tej drugiej, no właśnie jakby tu ją nazwać? A nie będę jej nazywał. Niech pozostanie anonimowa.

I tak rozpocząłem wędrówkę w górę. Ruszyłem w kierunku Hali Gąsiennicowej, ale nie przez las tylko doliną. Może i racjonalność wygrałaby z anonimowością, gdyby nie fakt, że nie było w górach LUDZI!!

Szedłem sobie sam z własnymi myślami. Ptaki śpiewały. Dwa tygodnie temu kiedy wędrowałem do Doliny Pięciu Stawów poza wrzaskiem stonkowiczów nic nie dało się słyszeć. A temu wrzaskowi towarzyszył co jakiś czas smród dymu papierosowego, który wydobywała z siebie maszerująca stonka. Obrzydliwość.
Tym razem stonki na szlaku nie było. Wrzask zastąpił śpiew ptaków. Szedłem i nie wierzyłem, że nie ma wokół mnie ludzi.

Nie odczuwałem niesionego garba. Po prostu czułem się świetnie. Co jakiś czas zatrzymywałem się by popatrzęć na rudość Tatr. Słyszałem, że Góry są najpiękniejsze jesienią, ale to co zobaczyłem przeszło najśmielsze oczekiwania. Nie mam słów. Niebo niebieskie. Czerwień wspólnie z szarością piargów, z lekkim dodatkiem kosodrzewinowej zieleni wprawiała moją anonimowość w szampański nastrój. Racjonalność przysnęła. Nawet nie zastanawiała się co też ją może spotkać w tak niezwykłym, wolnym od ludzi miejscu. Gęba mi się cieszyła, kiedy patrzyłem do przodu. Maszerowałem śmiało w górę. Co jakiś czas uzupełniałem płyny, ponieważ cały byłem mokry. Woda ze mnie ulatywała w dużych ilościach.
Odpowiadam na sms:
8.10.07 12.15. Będę wyżej dam znać. Nie mam sygnału"
Kiedy pokonałem strefę drzew, a może lepszym określeniem będzie linię drzew, wyszedłem na balkon z którego widok był tak zapierający dech, że musiałem przysiąść. Położyłem się. Zdjąłem buty. Zdjąłem koszulkę. I dalej chłodzic parujące plecy. Moje nogi przypominały jedną wielką ranę. No przesadzam. Ale miałem kilka dużych, big dużych obtarć. Byłem jednak na nie przygotowany. Na stacji przy barze Pod Smrekami zakupiłem odpowiednią ilość plastrów i to turystycznych. Rozpocząłem oklejać nogi. Krew się sączyła, a przy tym sporo wylało się ropy, ponieważ stare strupy, śmiało się pootwierały. Pewnie również ciekawskie górskich widoków. Wyszedłem im na przeciw zdejmując buty.
Przypomniałem sobie rozmowę ze sprzedawczynią na stacji.
Płacę za plastry. A pani zwraca się do mnie tymi słowami:
- tankował pan?
- Pewnie. Tylko nie u Pani, a w barze Pod Smrekami.
- A to tam jest stacja paliw?
- Tak paliw dla ceprów wyruszających w góry. Paliwo najwyższej klasy. Zatankowałem wysokooktanową jajecznicę na boczku, trzy bułki maślane z masłem, herbatę z cytryną i kiełbasę smażoną z cebulą.
Zaczęła się śmiać.

Komentarzy: 0
wtorek, 16 październik 2007, 20:52 Warszawa - Poznan 1
Ziewiam. Jestem nie wyspany. Nie mogę sobie znależć miejsca. Za oknem ruchomy krajobraz. Niestety jest deszczowa pogoda. Zastanawiam sie czemu mi to przeszkadza? Przecież siedzę w cieple i słucham Dire Straits. Mglisty dzień. Położyłem się wcześnie, ok godziny drugiej. Wstałem wcześnie. Siedzę w Warsie i kontempluję przeszłość. Wczesną przeszłość, zakopiańską.

Zamykam oczy i jestem w górach. A raczej wyglądam przez okno wcześnie rano. Pamiętaj Czytelniku dla mnie wcześnie to nie znaczy wcześnie wedle przyjętych norm. Tu obowiązuje inny czas. To jest Miasto Blogowe a nie miasto w którym wyłącznie się biegnie w poszukiwaniu straconego czasu. Tu czas nie jest ważny.
Po tej przydługiej dygresji wracam do Zakopanego.

Za oknem słońce. Nawet do mojego zasłoniętego pokoju przez szczeliny w zasłonach dostawać się poczęły promienie słoneczne. Nie wierzyłem, że będę miał piękną pogodę. Wczorajszy wieczór nie zapowiadał pięknego dnia. Ot wszystko wskazywało, że będzie mglisty, dżdżysty dzionek.
Uporałem się ze wszystkim sprawami bardzo szybko. Postanowiłem, że kilka godzin spędzę w górach. Byłbym na siebie wściekły, że przyjeżdżam w Tatry i nawet nie pójdę na krótki spacer. Rzekłem i stało się.

Spakowałem przyciężkawy plecak, przebrałem się jak przykazał Pan Bóg w ubranie uprawniające mi wejście w turystyczny świat i dalej do Kużnić. Plan uknułem, następujący. Pospaceruję po dolince, nawet nazwy nie pamiętam. Wtopię się w ceprowy świat. A po dwóch godzinach powędruję w kierunku dworca, wsiądę w autobus i powrócę do cywilizacji. Rzekłem toteż z przyciężkim plecakiem ruszyłem w kierunku, a już wspominałem Kużnic. Już miałem odbić pod Regle, teraz sobie przypomniałem, kiedy coś mi zaczęło mówić, a bardziej niepokojąca, intensywna, nieokiełznana siła rozpoczęła mnie pchać w kierunku Kużnic. Przyśpieszyłem. Pogoda piękna w rozumieniu powszechnym, czyli słońce, ciepło, choć rześkość górskiego powietrza przypominała, że to już jesień.
Komentarzy: 0
wtorek, 16 październik 2007, 12:06 Woland
Dzień dobry. Mam ogromną potrzebę zrobienia czegoś konstruktywnego. Chcę powrócić do mojego poprzedniego apelu do Pana Sikory. Zróbmy coś razem - jest tu tylu fantastycznych ludzi, że aż mnie korci. Zbyt często byłem w życiu tylko biernym obserwatorem... Mogę zgłosić inicjatywę jako pierwszy, potrzebuję jedynie zachęty:-) pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie i, jak Pan Wolski, kłaniam się nisko.
Komentarzy: 17
wtorek, 16 październik 2007, 12:04 Jestem w Krakowie :)
Jestem w Interii, jutro sie odezwe.
Komentarzy: 0
czwartek, 11 październik 2007, 16:11 W Zakopanem, w Zakopanem spaceruje Pani z Panem...:)
W Zakopanem czy Zakopanym jeden czort. Jak go zwał tak go zwał, wylądowałem wieczorem. Oczywiście już na dworcu pojawili się naganiacze do góralskich pokojów. Za jedyne 40-50 złotych mogłem uzyskać dostęp do telewizji, radia, uważanego przez naganiaczy za luksus, a bardziej za wyróżnik kwaterowych wygód. Przy tym nieustannie podkreślał naganiacz, a raczej oferentka tu zacytuję:
- będziecie mieć blisko do centrum.

Nie rozumiem czemu zwracała się do mnie w liczbie mnogiej? Byłem sam. Dopiero teraz zrozumiałem, przecież na plecach taszczyłem plecak. Przewidywałem pobyt kilkudniowy w stolicy góralskiej tandety. Ale po coź mi bliskość do centrum? A tego, już nie obejmuję swoim grucząłem

- A po co mi telewizja? - spytałem nachalną naganiaczkę.
Czemu z taką uporczywością starała mnie się przekonać do pokoju za jedyne 40 - 50 złotych ? - pomyślałem. Zostawiłem ją w tyle. Szedłem żwawo do zakopiańskiego centrum a ściślej do krupówkowej kiczowatości.
- Panie Boże kto pozwolił na te cudactwa, wrzody i okropną pseudogóralską architekturę?

Po chwili sam sobie odpowiedziałem. Curuś Bachleda Któryś, czy inny szczwany gazda co ma jedno w głowie: jak się dobrać do ceprowych dutków.
- Sikora teraz trzeba pilnować się, by nie zostać wydudkanym ze wszystkiego co tylko masz - te słowa wypowiedziałem głośno.
Mijana para tylko na mnie spojrzała, dodam, że wymownie.

Głodny jestem - pomyślałem już mamrocząc pod nosem. Nawet długo nie czekałem na odpowiedż mojego brzucha czy żołądka. Poczułem pierwszy skurcz. Przyśpieszyłem.

Skręt w Krupówki i po 100 metrach przekraczałem drzwi baru mlecznego.
Znam ten bar, a raczej miejsce. No bo czy można znać bar? Jeśli tak, to kiedy z nim rozmawiałem, lub o nim rozmyślałem? Kiedyż to wypełniał moje myśli? Jasne, że odpowiedż na to pytanie jest jasna.

W barze nie było poza mną i obsługą nikogo. Toteż zadowolony, że nie czeka mnie kolejkowe oczekiwanie zamówiłem danie dnia: rosół, ziemniaki, schabowy, kapusta i herbata za moment już cieszyły oko cepra. Musiałem jeszcze wykonać drobny acz niezbędny szczegół czyli zapłacić, czyli wydać pierwsze dudki 11 zł plus za herbatę 3 zeta. Przełknąlem ślinę. Mlasnąłem.

Schabowy okazał się jedną wielką ściemą tu używam określenia zasłyszanego dziś w TVN 24, które wypowiedział Kurski w odniesieniu do Tuska. Czego ściema dotyczyła nie pamiętam.

Kapusta kwaśna jak diabli, ziemniaki nie okraszone, chociaż jak byk stało na barowym bilboardzie, że okraszane cepr dostanie. Rosół noż... szkoda słów. Nawet nie był chudy, to była jakaś kolejna ściema. Jadłem i co chwila parskałem śmiechem. Zwróciłem tym uwagę obsługi. W tle grał telewizor a w nim kolejni cwaniacy prezentowali swoje szalbierskie pomysły na bycie gwiazdą sejmowych korytarzy - od rzeczy pieprzyli kandydaci PSL, Samoobrony, LPR czy innego porozumienia. A ja kęs do buzi, przełknięcie i za chwilę wybuch śmiechu. Schabowego a bardziej zelówkę, chudą zelówkę zostawiłem na koniec. Zabrałem się za nią w chwili kiedy do głosu w telewizorze doszły Platfusy. Przełknąlem ostatni fragment barowego ścierwa. Sięgnąłem po herbatę z cytryną mocno osłodzoną. Poczułem ulgę. Ale głód jakoś mnie nie opuszcz
kierowca88   tagi: ggg

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
2930311234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293012

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

nimfaa | juleczka-kuleczka | pani-nikt | zyta | veronicca | Mailing